Nie wiem od czego zacząć... Mam wiele myśli chce wam naprawdę napisać po prostu, ale nie może mi to przejść przez myśl.

Nie umiem tego powiedzieć po prostu, dobrze wiecie o co chodzi.

Dla mnie to wielka tragedia, to był Mój Przyjaciel taki prawdziwy w prawdziwym słowa tego znaczeniu, nie pisze tego dlatego, że odszedł, ale dlatego, że tak naprawdę był i jest bo to taka przyjaźń ponad wszystko.

Nie mogę się pozbierać, pragnę wam wszystkim powiedzieć o nim wszystko.

Od czego zacząć?

Chciałbym abyście poznali go lepiej...

Wypłakałem chyba wszystkie łzy.. zacznę może od tego, że mieszkał dwie klatki obok. W czasach podstawówki nie kolegowaliśmy się za bardzo. Ja bylem, raczej ten zły, a on ten grzeczny miał dość zaborczych rodziców, ale to pewnie z tego względu że był najmłodszy w swoim domu, no i nie bez komplikacji przeszedł sam poród. Nieważne, rodzice zawsze się o niego przejmowali...

Nasza taka większa znajomość ponad podwórko zaczęła się w dzień w którym przypadkiem na podwórku wyszło na jaw że oglądam nałogowo Dragon Balla. Wtedy był to powód do wstydu, wiecie 7-8 klasa podstawówki chyba to wtedy się było "dorosłym". Tylko On przyznał się przed wszystkimi, że też ogląda. Od tego się zaczęło, potem jego pierwszy komputer - przeżywałem razem z nim. Kupił go ok. 1999 roku potem byliśmy już kumplami od komputerów, razem kupowaliśmy gazety i chodziliśmy do kafejek pograć w Quaka, w którego zawsze był lepszy...

On czytał Reset a ja Cd-Action, aż w końcu udało mi się go przekabacić na CD-A.

Pod koniec podstawówki zaczął mieć problemy ze zdrowiem, to był początek jego cierpienia. Wtedy to było tylko zapalenie płuc, moim zdaniem źle zdiagnozowane przez lekarza, ale tego się nigdy nikt nie dowie jak było naprawdę.

Pod koniec podstawówki miał już nauczanie indywidualne, gdyż nie był w stanie chodzić do szkoły, każdy mu zazdrościł ale on zawsze na to narzekał, nie był z klasą na wycieczkach, praktycznie półtora roku uciekło mu wtedy z życia, było coraz gorzej zwłaszcza, że jak płuca ustąpiły pojawiły się problemy z układem pokarmowym (jelita) do tego stopnia, że konieczna była operacja, wskutek której miał woreczek (stomia). Nigdy na to nie narzekał, ta stomia mi się wydaje uratowała mu życie wtedy. Sztaba bardzo się zmienił i zaczął nadganiać stracony czas z podstawówki, poszedł do technikum gdzie spędził ok. 4 lat spokojnie, był osobą bardzo towarzyską, ta stomia w niczym mu nie przeszkadzała nawet bym powiedział, że śmiał się z niej jak tylko mógł. Podziwiałem go za to... Każdy kto wie co to stomia wie też jak to utrudnia stosunki z chociażby dziewczynami. Zaskoczę was być może ale nigdy z dziewczynami nie miał problemów mimo takich cierpień i przeszkód miał prawie zawsze kogoś i w tych sprawach nigdy nie był sam. Wiele zdrowych osób, które się dołują swoim chudym czy grubym ciałem, bądź tez jakimiś zmarszczkami i innymi pierdołami mogło by się wiele od niego nauczyć.

Technikum przeżył spokojnie, tak jak napisałem. Dzięki Bogu bo był to okres, kiedy Sztaba przeżył swoje najlepsze chwile, przynajmniej z tego co mi mówił... Chyba więcej imprezował ode mnie, czerpał naprawdę z każdym dniem, wiele osób poznał i z wieloma się zaprzyjaźnił. ale nigdy nie rozstawał się ze starymi np. ze mną, zawsze pamiętał o wszystkich, co jest rzadkością dziś.

Nadszedł czas na usunięcie woreczka (stomii) by organizm mógł się odbudować. Z początku było dobrze, zaczął studia, niestety organizm nie przyjął tego dobrze, wróciły problemy...

Krwawił na wszystkie sposoby... Bardzo niemiło wspominam ten okres, gdyż sam miałem wtedy problemy osobiste, często przesiadywałem u niego - prawie codziennie, a on chcąc mi pomóc robił co mógł, ale wtedy zdrowie go katowało i nie mogliśmy wyjść pogadać przy piwie jak starzy przyjaciele... Ale bardzo urósł wtedy w moim oczach, bo raz nawet poświęcił się i połaził ze mną... Wysłuchiwał tego jak mi źle, nie mówiąc o tym jak on cierpi. Potem było szpitalowanie, lekarze robili co mogli, odwiedził wiele szpitali ale już wtedy było wiadomo że trzeba będzie założyć z powrotem stomię. Zakładanie stomii to znów krojenie, znów ból i wielkie ryzyko... Już wtedy wylądował na OIMie, ale przeżył choć z tego co mi opowiadał był bardzo bliski śmierci, nie chcielibyście tego słyszeć gdyż rozmowa z takim człowiekiem jest bardzo ciężka, nie wiadomo co mówić czy pocieszać czy traktować go jak gdyby nigdy nic... Coraz więcej mówił o przykrych sprawach... Że go już wszystko denerwuje, rodzina szpitale itp... Pewne rozmowy moje z nim były bardzo specyficzne gdyż mówił dużo o śmierci i o paranormalnych sprawach, wtedy wiedział już, że lepiej nie będzie...

 

Ale...

 

Przetrwał ten okres, stomia znów dała mu rok spokojnego życia... Wrócił na studia, zakochał się o czym każdy z was wie...

Tu jest jego blog z fotkami: www.photoblog.pl/sztabi/8955689

Widać tam jeszcze zdjęcia z listopada tego roku... Wydawać by się mogło że wszystko jest w porządku ale on nigdy nie dał się chorobie, jedynie jak choroba go do tego zmusiła, to mówiąc do niego gdzieś błądził myślami ale słuchał...

Wracając do studiów, udało mu się z małymi przygodami odżyć znów, był tym Sztabą jakim się urodził, wiele chęci do wszystkiego... Chciał się uczyć nowych rzeczy, kupił teleskop, potem aparat, potem drugi teleskop, oglądał gwiazdy, jak nie mógł wychodzić nie skarżył się... Co chwila mówił mi na gadu, że zaczyna się czymś nowym interesować, całkiem niedawno nawet chciał się uczyć programowania, razem z kolegami ze studiów chodził na zarobek na inwentaryzacje w sklepie mimo tego, że kasy mu nie brakowało.

Dzięki stomii jelita pracowały w miarę normalnie, niestety poszedł przerzut na płuca...

 

Tu przerwę...

 

Dziś w dniu jego śmierci dowiedziałem się że jego choroba to był chyba jednak rak jelit, on nigdy mi o tym nie mówił, wiedział o niej wszystko, domyślać się tylko mogę, że zataili to przed nim rodzice ale to tylko tak mówię bo nie wiem dokładnie...

Sztaba znów zaczął mieć problemy ze zdrowiem, kolejne szpitale: Poznań - Ostrów – Kalisz – Wolica. Tak w kółko. Pojawiły się wtedy moje pierwsze obawy o to, że może to się źle skończyć. Dostawałem jasne sygnały od niego i od jego brata.

Np. mówił mi, że lekarka która do niego przychodzi powiedziała mu, że "jak wydobrzeje to pojedzie nad morze". Wiecie jak to zabrzmiało w ustach osoby która nie może się ruszyć, ledwo mówi i co chwila kaszle jakąś wydzieliną... :(

Brat Pawła potwierdził to o czym już wtedy myślałem, powiedział mi, że lekarze powiadomili rodziców, że Paweł następnego szpitala może nie przeżyć...

Mylili się, on znów przeżył, choć oddalał się od ludzi... od dziewczyny, rodziców, coraz więcej myślał o rzeczach innych niż doczesne, ale mimo tego sprawiał wrażenie osoby zaangażowanej w rzeczy, które go dotyczyły... nie chce tu wymieniać. Dla was ważną informacją będzie to, że jeszcze 2 tygodnie temu, jak był w domu, udział się na forum i chciał zagrać toura... W tym miejscu jak to opowiadałem mojej dziewczynie nie wytrzymałem... przez ten cały zgiełk praca-dom-szkoła i inne duperele nie bylem w stanie z nim zagrać w tą sobotę.. Mam o to wielki żal do siebie...

Będę kończył, bo się znów rozklejam, nie wspomniałem tylko jeszcze o tym że to ON zrekrutował mnie do WM, a jego zrekrutował Bramkarz i gdyby nie jego okropna choroba i cierpienie byłby czołowym graczem Diablo 2 i nie tylko, bo zawsze był lepszy w gierki ode mnie. Szkoda tylko, że po aferze z kontem Tomka zmienił pass na konto, nie zdążyłem zapytać go na jakie i jego asska przepadnie wkrótce, a chciałem żeby była z nami jako jedna z wielu rzeczy która by nam o nim przypominała. Płakać się chce...

Pogrzeb w poniedziałek godz. 13;15. Będę tam, jestem pewien, że posypie się tu dużo słów postaram mu się to przekazać co napiszecie.

 

 

W smutku i żalu po stracie przyjaciela

Maciej

PS. Odwołuję toury, które miałem grać i ogłaszam żałobę w klanie.

 

Klanowicze